|
|
czwartek, 29 czerwca 2006
Lingwistycznie
Znajomy w knajpie obruszyl sie, kiedy klientka spytala sie go 'are you ok?'. Nie wiedziec czemu zrozumial 'are you gay?' Znajomy, krol sloikow, pracowal w fabryce gdzies w B. Menago, Wloch, tlumaczy mu skomplikowana procedure sciagania gotowych palet z tasmy i ukladania ich na przeznaczonym do tego miejscu obok. Menago: Orrajt mejt? Orrajt? Kumpel: All right. Menago: Orrajt. Brejk mejt, brejk mejt! Wiec kumpel poszedl do kanciapki, zrocil sobie kawe, odpalil papierosa, siedzi i sie relaksuje. W pewnym momencie wpada menago i supervisor, wkurzeni baaardzo nie na zarty. SuperV: What the fuck are you doing here! Kumpel (niesmialo): I'm on my break... SuperV: What? You're not suppose to have a break now! Kumpel: But he told me to have a break! (zorientowanie sie, ze kumpla nie ma na stanowisku zajelo im troche czasu. Wystarczylo, ze spadajace palety zablokowaly cala tasme) Menago: Uot? Aj told ju GREJT MEJT, GREJT MEJT, not brejk mejt! Kumpel (na stronie): I'm sorry, that's my fault. Didn;t understand. SuperV: Don't worry. That's fine. Nobody understands him. Dialogi milosne: Ona: And say 'kochanie' On (Angol, z wysilkiem): Koooanie......... Kurwa. On: What does 'oboszsz' mean? Ona: ??? A, 'Boze', 'oh my God'. On: Busza. Ona: No, 'burza' is 'storm', 'o Boze'. On: OK... O Bosze, kurwa, fiut!
wtorek, 28 lutego 2006
Wakacje
Znajomy byl na wakacjach w Tajlandii. Gdybym tylko mogla opisac gesty, ktore na rowni ze slowami tworzyly jego historie! Napisalabym o tym, jak go aresztowali za probe przemytu papierosow i jak to sie wykupil 180 funtami, jak to zaproponowali mu 100$ aby polecial pozniejszym samolotem i to przez HongKong, wiec sie zgodzil i nie zrobil zakupow, ale w ostatniej chwili kazali mu jednak leciec tym pierwszym, ktory wcale jak sie okazalo nie byl przladowany. O tym, jak to kupowal swojej kobiecie bielizne i wszystkie sprzedawczynie sie z niego smialy. O tajskim masazu. O panierowanych chrzaszczach. Ale nie mozna opisac jego gestow ani wyrazu twarzy... Wiec innym razem bedzie co innego.
wtorek, 27 grudnia 2005
Gówniana historia
Spotkałam pewną angielską Szeherezadę - dwie poprzednie historyjki, ta oraz następna są właśnie od niej. Z góry ostrzegam (może być co najmniej niesmaczne...) - od razu widać, że bardziej niż 'montypajtony' zachwyceni byliby Jaś Fasola czy też Bennny Hill. Żeby nie było. Angielski humor. A, podobno bohater to ten sam facet, co najadł się konopii w Holandii. Otóż facet spotykał się już z kobietką od dłuższego czasu, aż wreszcie ta przysłała mu zaproszenie na rodzinny obiad pod tytułem "poznaj moich rodziców". Niezależnie od tego, że angielski jest twoim pierwszym językiem, zarabiasz nieźle w najlepszej walucie, masz już swoje lata - to zawsze jest stres. Zwłaszcza, że już od wejścia do mieszkania potencjalnych teściów twoje kiszki mocno dają ci się we znaki. Uwaga na boku: tzw. angielski gentleman posiada naprawdę parę miłych zalet i zazwyczaj potrafi się dobrze zachować. Na przykład nie oznajmi nowo poznanym rodzicom dziewczyny, którzy ciągną go w stronę jadalni "dzień dobry, nazywam się X, miło państwa poznać, ja tylko skoczę do łazienki". Tym razem X również zachował się jak na angielskiego gentlemana przystało. Jakoś się powstrzyma, zje obiad, miło pogawędzi, zrobi wrażenie. Zaraz po skończonym posiłku gospodarze zapraszają na kawę do saloniku, co oznacza wreszcie, że można już bezboleśnie oddalić się na moment. Oblubieniec znika w łazience na górze gdzie, podobo, "robi największe gówno w życiu". No, w każdym razie na tyle duże, że woda ze spłuczki nie daje rady. X zaczyna nie tyle panikować, co myśleć błyskawicznie. Nie ma za wiele czasu. Ciśnienie wody za małe. Gospodarze maja wielkiego psa w ogrodzie. Raz kozie śmierć. Tworzy z papieru wielowarstwową rękawiczkę i pozbywa się balastu wyrzucając go do ogródka. Z resztkami spłuczka wreszcie sobie radzi. Wielce zadowolony z siebie wychodzi z łazienki i natyka się na swoją dziewczynę. Ta ma strach w oczach. 'Proszę cię, idź już' - bez zbędnych ceregieli i pożegnaź X zostaje wyrzucony z domu. I doprawdy nie wie, o co chodzi, aż do następnego dnia, kiedy dzwoni jego dziewczyna z wyjaśnieniami. 'Pamiętasz, jak czekaliśmy na ciebie z kawą w saloniku obok? No cóż, właściwie to jest oranżeria... Widzieliśmy najpierw twoją rękę... Potem twoje gówno malowniczo spływające po ścianie...' I wiecie co? Oni się dalej spotykają!
sobota, 24 grudnia 2005
Na odprawie
Jakiez bylo moje zdziwie, gdy przed wejsciem na London Eye (ten diabelski mlyn) niesympatyczny facet nie dosc ze obsluchal mnie wykrywaczem metalu, to jeszcze zazadal otwarcia torby w celu oddania mu nozyczek (do ktorych to posiadania sie niechcacy przyznalam, a prawda byla taka, ze ja myslalam, ze takowe posiadam, bo pare godzin wczesniej zastanawialam sie nad ich kupnem). No w kazdym razie jezeli przed wejsciem na, bylo - nie bylo - karuzele mozesz sie spodziewac rewizji niemal osobistej, co dopiero na lotniskach i dworcach. Wszystko w imie bezpieczenstwa, za co serdecznie dziekujemy i co goraco doceniamy :-) A wiec najpierw Amsterdam. Przyjaciele wyjezdzaja (bodajze pociagiem, niewazne), ale to, co ma jeden z nich z chwila przekroczenia granicy stanie sie towarem nielegalnym. Konopie, w ilosci na tyle duzej, ze szkoda, by sie zmarnowaly. Wiec posiadacz je zjada. Kontrola - celnicy od razu widza, ze cos z delikwentem jest nie tak - biora mu torbe, sprawdzaja - nic. Odciagaja kumpla an bok - tez jest czysty. Kaza kumplowi czekac - jako ze jada razem - i biora delikwenta na osobista. Po poltorej godzinie mniej wiecej delikwent dolacza do przyjaciela i szczesliwie razem odjezdzaja w strone Wysp Brytyjskich. Tymczasem za zamknietymi drzwiami trwaja przygotowania do rewizji osobistej. Rzecz ma miejsce w kraju cywilizowanych, prosze, o to regulamin, zeby pan znal swoje prawa. Delikwent czyta pierwszy punkt, dochodzi do drugiego - i klops, zapomnial co bylo wczeasniej. "Czy pan rozumie swoje prawa?". "No, szczerze mowiac nie". "To prosze przeczytac regulamin. Mamy czas". "Czy pan rozumie swoje prawa?" "No nie bardzo..." I tak kilka razy, az delikwent zrozumial, ze wystarczy powiedziec tak by nie marnowac dalej czasu. "Prosze zdjac buty" (czy zdajecie sobie sprawe, ze wysokie martensy [potrafia byc doprawy uciazliwe?) "Kiedy ja nie moge..." 3 celnikow mu pomoglo. Po szczesliwie skonczonej rewizji mocno juz skolowanemu delikwentowi celnicy zycza szczesliwej podrozy. "Bo wie pan, nielegalnie jest wwiezc towar na zewnatrz. To, co ma pan w srodku, nas juz kompletnie nie interesuje". A i tak klasyczna jest historia z dziwnym przedmiotem w walizce, ktora to (walizka!) podejrzanie sie zachowuje. "Cos mi sie tu nie podoba - przeszukujemy torbe" - powiedziala celniczka odrywajac oczy od monitora. Oczywiscie. W torbie byl poteznych rozmiarow, wlaczony wibrator - biedna wlascicielka. Kolejka gigantyczna, a celniczka trzymajac podejrzany jeszcze przed chwila przedmiot w wyciagnietej rece (niczym statua wolnosci swoja lampke) macha nim i krzyczy do kolegi - spokojnie, to tylko to!
WESOLYCH SWIAT !!!
piątek, 09 września 2005
po grecku
Polegala sytuacyjka na tym, ze w pewnej greckiej restauracji w L. pracowal pewien kelner, a zona szefa miala na niego ochote. Wiec zona podchodzi do kelnera i bez zbednych ceregieli informuje delikwenta, iz ma na niego ochote i zaprasza go do domu. 'Alez jak to - zdziwil sie mlody czlowiek - twoj maz a moj szef...' 'Nie martw sie moim mezem, po prostu przyjdz.' Wiec przyszedl do domu szefostwa, na parterze minal sie z bossem, ktory rzucil tylko 'idzcie na gore i nie przeszkadzajcie sobie'. W oryginale dalszy ciag historii (cytuje opowiadacza) brzmial tak: 'and while he was fucking his wife, his boss came to the bedroom completely naked!!!'. Kelner uciekl jak niepyszny po drodze zbierajac swoja garderobe. Nie pokazal sie w restauracji nigdy wiecej, nie przyszedl nawet po swoja wyplate.
czwartek, 01 września 2005
dawno temu
tak sie jakos dziwnie sklada, ze od dawna nie pisze. suddenly moje wlasne zycie mnie wciagnelo. zycie zmienione o 180 stopni, i gdybym opisala to, co sie teraz u mnie dzieje i zamiescila to tutaj, to nikt by w to nie uwierzyl (i tak, keidy mowie o tym pewnym znajomym, nie wierza). moi kochani znajomi: nie, nie zbilam jeszcze kokosow, albowiem prawie wszystko, co zarobilam, uplynnilam, glownie na bilety, by przez 4 dni pobyc w krakowie (przypominam: 22:00 na dworcu glownym w niedziele 4.o9 !!! ) ale piwo kazdemu postwaie ;) /ktoz by przyszedl, inaczej, co? :-P / na pocieszenie. rzecz ma miejsce w krakowie, niedaleko centrum, uliczka przed blokiem. spokojni ludzie siedza na balkonie i spedzaja (usiluja raczej) milo czas razem. usiluja, bo ulica grasuje schoizofrenik (prosze sie nie smiac, to straszna i powazna choroba). grasuje, krzyczy, niszczy lusterka samochodowe, nawoluje agentow, sklada mldunki. glosno i po prostu nieprzyjemnie. nie reaguje na prosby ani grozby. wreszcie ktos postaanawia zareagowac. - zostawcie to mnie - mowi i schodzi na ulice. podnosi kolnierz plaszcza, przystaje w bramie obok i nadaje: - do agenta na rogu, do agenta na rogu. przejmuje zmiane, mozesz isc do domu. - zrozumialem. ide.
środa, 29 czerwca 2005
Historyjka na dobranoc
A bo mi się teraz przypomniało. Mój Tata jest nauczycielem. Wymagającym, podobno wrednym, surowym etc. (stąd m.in. ksywa). No i nie znosi, nie trawi, nie cierpi ściągania. Ściąganie ściga (podobno nieskutecznie) i tępi (jeżeli już złapie). I keidyś na jakiejś klasówce pewien delikwent kręcił się, wiercił, był ogólnie pobudzony i co jakiś czas spoglądał to na mojego ojca, to na swoją rękę. Tropiciel ściągaczy nie pozostał bierny. Podszedł do delikwenta i kazał mu pokazać wewnętrzną stronę dłoni. Ten, z wahaniem, przystał na propozycję nie do odrzucenia. Dłoń pokazał. A tam długopisem w poprzek napisane "a kuku".
poniedziałek, 27 czerwca 2005
Mała historyjka rodzinna
Odwiedzili mnie rodzice, których to od Wielkanocy nie widziałam, czyli rekordowo długo. Było oczywiście wspaniale, lodówkę mam pełną, zaoszczędziłam dużo $, przy okazji zwolniłam się z roboty (nie tylko na te parę dni, ale już zupełnie), ogólnie fajny weekend. Tylko Kraków cholernie przez Wianki zakorkowany. I Polska wtopiła w siatkówkę, którą to porażkę rodzina w składzie Mama - Tata - Siostra na własne oczy w Spodku oglądać musiała.
Przy okazji rodziców przypomniały mi się stare czasy, kiedy mieszkałam jeszcze z nimi i do moich obowiązków po szkole należało np. zrobić obiad albo przynajmniej obrać ziemniaki czy pomyć naczynia. Wróciłam kiedyś bardzo zmęczona, postanowiłam się zdrzemnąć (tak to się pisze? cholera), nastawiłam sobie budzik na 14, bo jakoś tak tego dnia mieli być. Oczywiście, jak zwykle, wszystko zrobiłam na czas.
Mój Tata jest boski. Co prawda w technikum, gdzie jest nauczycielem i kierownikiem warsztatów, ma ksywkę bin Ladem (nie tylko z powodu wielkiej brody), ale to nie zmienia faktu, że np. codziennie rano chodzi po mleko i bułki, a później razem ze mną (to dawniej) i siostrą (to do dziś) je płatki kukurydziane na śniadanie. No i kiedyś, tradycyjnie, budzik zadzwonił, Tata się ubrał, poszedł do sklepu, po czym wrócił, rozebrał się, położył do łóżka, co też bardzo zdziwiło moją Mamę. Okazało się, że budzik funkcjonował w systemie 12-godzinnym i zamiast o 7 (bo na tę porę był standardowo nastawiony, ale ja manipulowałam przy nim dnia poprzedniego) zbudził rodziciela o 2. A że to zima była, ciemność panująca wokoło nie wzbudziła podejrzeń. Okazało się, że sklep był jeszcze zamknięty - rodziciel odbił się od drzwi, i to dopiero spowodowało, iż spojrzał na swój zegarek. A w ogóle to Tata pojechał kiedyś do pracy z workiem pełnym śmieci przed fotelem pasażera.
Co też nasuwa mi pewne wspomnienie (tak, już wspomnienie) pewnej mojej menadżerki z roboty. Otóż dziewczę to, jeśli wierzyć plotkom pracę dostało dzięki bliskiej znajomości z przyjacielem szefa, ale nie o tym, nie o tym, nie o tym. Otóż menadżerki w tej knajpie miały swój zeszyt, w którym zapisywały uwagi. Np. że trzeba coś zamówić, wymienić, kogoś opierniczyć (zapewne). I jedna z nich zanotowała kiedyć "trzeba kupić zamykane kosze na śmieci do toalet". Następnego dnia menadżerka otwierająca knajpę została poinformowana o dziwnym zapachu dochodzącym z toalety. Okazało się, że Menadźerka-dziewczę, do dziś nie wie nikt JAKIM CUDEM? zinterpretowała uwagę w zeszycie w nastepujący sposób: "zamknąć śmieci w toalecie". Co też zrobiła, ze wszystkimi śmieciami z lokalu, na całą noc.
niedziela, 19 czerwca 2005
Wieści z pracy 2.
I kiedyś kumpel mi opowiadał, jak to za dawnych czasów był barmanem w pewnej knajpie i klient zamówił gin z tonikiem, i wybrał drogi gin i się upewniał, czy aby na pewno nie dostanie tego tańszego, bo po smaku to on na pewno pozna. Dostał przez absolutną pomyłkę jakiś tańszy, ale nie zauwałył tego, natomiast w innym wypadku zaszła druzgocąca tym razem dla barmana kolejna pomyłka, jako że policzył za jakiegoś drinka więcej niż powinien, i jak następnym razem ten sam klient zamówił to samo i dostał mniejszy rachunek, to się obraził i zażądał spotkania z menadżerem w celu zwolnienia kumpla z pracy, co mimo nieprzyjemnej awantury się nie stało, no i klient na koniec i tak zostawił mu stówę napiwku, której kumpel nie chciał przyjąć, chodzi o to, że był happy end. Ale nie o to, nie o to, nie o to. Bo w tej właśnie kanjpie miejsce miała sytuacja, iż pewna para siedziała i się kłóciła, aż w końcu facet przyniósł kobiecie bukiet 100 czerwonych róż, ale że się nie pogodzili i zwyczajnie wyszli, kumpel chciał róże, hmmm, przejąć, i podarować swojej wybrance. Na co nie zgodziła się menadżerka, argumentując, iż ten klient na pewno po kwiaty wróci. W ten oto sposób na zapleczu pewnej knajpy w K. 100 róż, które miały sprawić radość 2 kobietom, zwiędło sobie. To był wstęp, teraz meritum dzisiejszego wątku o pracy w krakowskich knajpach. Otóż w jednej z nich, na tzw. vip-roomie czy też membership only area, za kartą klubową li tylko wstęp, miało miejsce następujące zdarzenie ostatnimi czasy. Ruch był niewielki, membership słabo zaludniony, także i obsługą, jednak co pewien czas kelenrka ma obowiązek sprawdzać, co się tam dzieje. Poszła, sprawdziła, wychodzi roztrzęsiona, szuka menadżerki: - byłam na viproomie i tam jest para, i hmmm, bo, hmmm, oni wyglądają. Hmmm...... No ona mu loda robi, no! Parę wyproszono, ale w związku z tym wyszła na jaw historia, jak to kiedyś inna para w tym samym viproomie oddawała się wszelakim uciechom cielesnym na różne sposoby. Tylko że uczestniczka tychże nie wiedziała, że materiał z zainstalowanych tam kamer obejrzy sobie później kochanek z szefami knajpy, a któryś z uczestników seansu poinformuje ją o tym przy byle spotkaniu. Jak się dowiedziała, do tej pory nie pojawiła się w lokalu. Bez puenty, bo pewnie wątków z cyklu "Wieści z pracy" będzie jeszcze co najmniej kilka.
czwartek, 09 czerwca 2005
Lekarze
Pewne zboczenie zawodowe zdobywają zapewne już na studiach (choć znam przypadek dziewczynki, tzn. jako dziewczynkę ją pamiętam, bo chodziłyśmy razem do podstawówki, co to rodziców, dziadków jednych i drugich, ciotków, wujków, pociotków i kogo tam jeszcze by nie wymienić miała z lekarskiego fachu, więc już we wspomnianej podstawówce była z biologii mistrzem - samozwańczym - ale jednak, no i sama po biolchemie na medycynie oczywiście wylądowała, mimo to jej ojciec nie został radnym w naszym miasteczku). Dzisiaj kolejny raz się nasłuchałam o koleżance koleżanki, co to zaprosiła ją kiedyś na kawę, jako że z jednego miasta obydwie w obcym mieście innym wylądowały, więc cappucino i plotki (tak myślała moja koleżanka), a tu przyszła medyczka proponuje wspólne oglądanie zdjęć - ok, myśli koleżanka, powspominamy. No i oglądają: "tu pan Zdzisio! [w formalinie], tu jego lewe płuco. Prawda, jakie czyste? Bo nie palił! Nie pal, O., ja ci mówię, nie pal, płuca palaczy też już widzieliśmy!", co też przypomniało mi moją osobistą koleżankę ze szkoły średniej, która na którymś tam zlocie klasowym wielce podniecona opowiadała (miała praktyki w szpitalu) o tym, "jakiego świetnego trupa nam przywieźli! Worek cały się ruszał od robaków!" Idąc tropem robaków, kumpel (syn lekarza, brat pani stomatolog) opowiedział mi o chirurgu G., słynnym i uznanym w moim miasteczku, który nawet osobiście odesłał mnie na stół z podejrzeniem słusznym, iż wyrostek lada moment pęknie. Więc do chirurga (ordynatora, ojca dyrektora i ogólnie szyszki małomiasteczkowej) G. przyszła pacjentka z kopertą i zażaleniem wartym 500 pln, że jej mąż na korytarzu leży i jakim to prawem, żeby chociaż łóżko na sali dostał! Chirurg G. kopertę przyjął i o sprawie zapomniał do dnia następnego, kiedy to kobieta zdenerwowana jeszcze bardziej, bo mąż dalej na korytarzu, a 500 pln mniej w portfelu, zażądała zwrotu gotówki bądź natychmiastowego przeniesienia męża! Chirurg G. otworzył szufladę, machnął ręką i wręczył kobiecie kopertę i poniwnie machnął ręką. No bo mu się nie chciało nic załatwiać, tyle tylko, iż nie pamiętając, która to była koperta, a przy kobiecie sprawdzać mu nie wypadało, oddał jej 2000 pln. No więc żeby skończyć happy endem (tandetne, różowe, przesłodkie, ale kocham happy endy, a przynajmniej optymistyczne i dające nadzieję zakoczenia) historyjka z dzisiaj. Usłyszałam ją od mojego doktora (w sensie naukowym, tym razem), podczas piwnego przeliczania wyników do pewnej mojej pracy zaliczeniowej. Poszedł doktor (mój) do kolegi doktora (medyka), bo sprawy wspólne mają, piją kawę, medyk podaje cukier w kostkach. Doktora zaintrygowała łyżeczka, czy też szczypczyki do cukru, jakimi medyk się posługiwał - ni to klasyczna podawajka do cukru, ni to nie wiadomo co, chałupniczo powiązane recepturką, więc doktor nieśmiało spytał: a cóż to? - to? Wziernik dopochwowy. Na zdrowie!
|